poniedziałek, 29 kwietnia 2013

We should forget about past



 Muzyka:
 https://www.youtube.com/watch?v=C7yuGlpCy8M


            Zasłoniłam oczy przed promieniami słonecznymi. Dziś było wyjątkowo gorąco. Poprawiłam pas, który przy każdym, nawet najmniejszym ruchu, wbijał mi się w ramie. Przekrzywiłam lekko głowę, żeby kątem oka widzieć mojego brata, który z grobową miną prowadził samochód.
            Ściął swoje kruczoczarne włosy (takie same jak moje). Jego zielone oczy stały się ciemniejsze. Nie było w nich tego blasku, który widziałam kiedyś, tak bardzo dawno temu. Widać było, że zaczął regularnie uczęszczać na siłownie. Mięśnie delikatnie odznaczały mu się z pod koszuli w kratkę. Był jeszcze jeden fakt, którego nie mogłam przetrawić. Miał już dziewiętnaście lat. Dwa lata straszy ode mnie, nie da się pomylić.
            Przez myśl przemknęło mi jedno pytanie… Czy wciąż spotykał się z Natashą? Westchnęłam, odwracając wzrok w stronę okna. Oby nie. Ta… że tak się wyrażę, suka, była najgorszym co mogło spotkać mojego brata (oprócz mnie). Wścibska, chamska, ze szczurzą twarzą… Nie mam pojęcia, co on w niej widział…
            -Rodzice i Natasha czekają w domu. Proszę, postaraj się być miła- odchrząkną, po czym wolno wypowiedział te słowa.
            A jednak. Jeszcze się umawia z tym szczurem…
-Masz to jak w banku- burknęłam, przewracając oczami. Zmierzył mnie badawczym wzrokiem.- Błagam cię, Luc. Postaram się być miła… na tyle ile mi pozwolą.
            Zaśmiał się cicho pod nosem. Na ten dźwięk, wyszczerzyłam się szeroko.
            Zatrzymaliśmy się na światłach. Mój brat odwrócił się w moją stronę, po czym mnie przytulił. Zszokowana, przez chwilę nie odwzajemniałam uścisku. Gdy tylko oprzytomniałam uścisnęłam go równie mocno.
            -Bardzo za tobą tęskniłem- szepnął mi do ucha, jeszcze mocniej ściskając.
            -A ja za tobą- wydusiłam.- Ale jak zaraz mnie nie puścisz to będziemy musieli jechać na ostry dyżur… zgnieciesz mnie!
            Luc parsknął śmiechem, puścił mnie. Przez dalszą drogę rozmawialiśmy o tym, co się zmieniło. W domu, w mieście… Okazało się, że nie było tego tak wiele. W sumie, ten temat mało mnie interesował, ale postanowiłam się zamknąć i pozwolić swojemu bratu mówić. Nie słuchaj go znowu… a wiadomo, gdzie skończysz, zaszydził głos w mojej głowie.
            Moje ciało momentalnie się napięło. Mój słuch automatycznie się wyostrzył, uważałam na każde słowo Luca tak bardzo, że mocniej się nie dało.
            W pewnej chwili mój brat zamilkł. Spojrzałam na niego, zdziwiona. Widząc jego zamyśloną minę, zdałam sobie sprawę, iż samochód stoi, a silnik nie pracuje. Przeniosłam powoli wzrok na przednią szybę i pochyliłam się do przodu.
            -Cholera- mruknęłam pod nosem. Widok budynku, który niegdyś zwykłam nazywać swoim ,,domem” był dziwny.
            Przez te dwa lata, kiedy mnie tu nie było, nie zmienił się ani trochę. Te same miętowe deski, którymi były obite zewnętrzne ściany, mały taras, a na nim niewielka huśtawka z kwiecistymi wzorami… oraz ogród. Żywy, kolorowy, niczym z bajki. Miliony rodzajów kwiatów, kilka płaczących wierzb… Mama radzi sobie z tym lepiej, niż bym przepuszczała.
            Pielęgnacja ogrodu jest dla niej czymś w rodzaju hobby, przy którym może oderwać się od rzeczywistości, nie myśleć o kłopotach… A, że od co najmniej dwóch lat kłopotów miała co nie miara, to ten skrawek ziemi wyglądał wyśmienicie.
            Luc odchrząknął, wybudzając mnie z zamyślenia. Zmarszczyłam brwi, kiedy otworzył drzwi samochodu i wysiadł. Oparłam się o siedzenie. Miałam wrażenie, iż jedna z firanek poruszyła się. Moja ostatnia nadzieja w tym, że to tylko wiatr i uda mi się uniknąć konfrontacji z rodziną, mimo, iż nie dalej jak dziesięć minut temu usłyszałam od brata, iż wszyscy wyczekują mojego powrotu.
            Nie poruszyłam się ani na chwile. To było silniejsze ode mnie. Czego się boisz? Powtórki z przed dwóch lat, czy tego, że żebyś mogła z nimi żyć w spokoju, będziesz musiała im zaufać? A wiadomo, iż to drugie, to ostatnie co chciałabyś zrobić, zakpił ten przeklęty głos w mojej głowie. Wyszeptałam pod nosem przekleństwo. Z tyłu rozległ się trzask zamykanego bagażnika. Mimo to wciąż siedziałam nieruchomo, wpatrując się w dom z nieciekawą miną.
            Do szyby obok rozległo się ciche pukanie. Wcisnęłam przycisk, który sprawił, że szkło, które oddzielało mnie od mojego rozmówcy, zjechało w dół.
            -Wiem, że to ciężkie, po dwóch latach wrócić do domu i udawać, iż wszystko jest okej… Zwłaszcza, gdy pożegnanie nie było zbyt przyjemne…- zaczął Luc.
            -Mogłeś sobie darować tą ostatnią uwagę- przerwałam mu, zakładając ręce na piersiach. Wpatrywałam się w dom z wielkim skupieniem, a moim jedynym marzeniem było posiadanie mocy, dzięki której mogłabym zburzyć każdy budynek, na który spojrzę.
            -Przepraszam- mruknął skonsternowany.- Więc, chciałem tylko powiedzieć, że jak będziesz gotowa to wejdź.
            Przewróciłam oczami.
            -Idę z tobą, bo jak pójdziesz beze mnie to cię zeżrą za to, że nie zaciągnąłeś mnie do domu od razu- prychnęłam, zasuwając okno i wysiadając z samochodu.
            -Prosiłem cię, żebyś chociaż spróbowała być w stosunku do nich miła- odparł spięty Luc.
            -Zrozumiałam, że mam być taka tylko w obecności tych hien- odpowiedziałam mu szybko, zatrzaskując drzwi z hukiem.
            Mój brat spojrzał na mnie ze zdenerwowaniem.
            -To samochód ojca, wiesz?- burknął.
            -No właśnie- sarknęłam.
            Ruszyliśmy w stronę drzwi wejściowych. Wchodząc po schodach na werandę, nie czułam nic. Żadnej więzi z tym wszystkim, co tylko napotkał mój wzrok. Czysta obojętność. Gdy Luc otworzył drzwi, do moich nozdrzy dotarł zapach świeżo upieczonego ciasta. Piernika. Zaśmiałam się pod nosem. No, no… moja własna rodzina chce się wdać w moje łaski. INTERESUJĄCE.
            Przekroczyłam próg z myślą, że to całe zamieszanie jest po prostu żałosne. Cały dom lśnił czystością, każdy najmniejszy szczegół jaki pamiętałam był taki sam. Dwa lata, żadnych zmian. Błagam, nie obraziłabym się jakby chociaż przemalowali ściany w przedpokoju. Farba kompletnie wyblakła, a niegdyś wściekle żółty kolor, teraz był prawie biały.
            Kiedy ostatni raz tu byłam, straciłam sentyment do każdej z tych rzeczy. Wszystko wydawało się takie chłodne, prawie, że nieznajome. Czyja to zasługa? Moich kochanych rodziców…
            Gdyby powiedzieli wtedy chociaż: ,,Będziemy cię wspierać, zrobimy cokolwiek, abyś nie musiała cierpieć”... Ale nie, oni zrobili po swojemu. ,,Nie chcemy cie tu więcej widzieć. Jesteś naiwna i głupia.”, to ostanie co usłyszałam. A mimo to, po tych dwóch latach, chcą mnie tu przywitać z otwartymi ramionami. PIEPRZCIE SIĘ.
            Luc postawił moją walizkę na ziemi. Zdjęłam buty, a on pokiwał głową w stronę salonu. Chciał, żebym tam z nim weszła…
            Czyli to już teraz…? To dziś miałam przywdziać tą fałszywą maskę, udawać, iż jest lepiej niż kiedykolwiek? Zaraz się przekonamy…
            Weszłam do salonu. Oczy trójki zebranych, skierowały się w moją stronę. Lekko osiwiały ojciec, przyglądał mi się z pustym wyrazem twarzy. Mama patrzyła na mnie smutnymi oczami, wyglądała na zmęczoną. Natomiast Natasha (miałam ochotę wskoczyć na sofę i zacząć się drzeć: ,Aaaaaaaaa, szczur w domu!”…) mierzyła mnie swoimi błękitnymi oczami, przybierając na twarz zbyt sztuczny uśmiech, że chyba nawet Luc to zauważył, bo lekko się skrzywił.
            Oblizałam usta, podparłam ręce o biodra, po czym powoli uniosłam prawą brew. Mój brat, nerwowym krokiem ruszył w stronę miejsca obok Natashy, co chwile rzucając mi błagalne spojrzenie. Przypominał mi o naszej wcześniejszej „umowie”.
            Pociągnęłam nosem, rozglądając się naokoło. Wolnym krokiem, skierowałam się w stronę kominka, nad którym ustawione były nasze stare zdjęcia. Chwyciłam pierwsze z brzegu, chcąc przywołać jakiekolwiek wspomnienie. Na fotografii widniała cała nasza piątka… niestety Natashy idealnie udało się zniszczyć tą pamiątkę. Odstawiłam zdjęcie, tak szybko jak mogłam. Chwyciłam następne. Tym razem trafiłam nieco lepiej. We czwórkę, staliśmy przed domem. Ja, Luc, mama i tata. Każdy się uśmiechał i obejmował ramieniem. Ja z moim bratem nieco z przodu, a rodzice za nami. Dobrze pamiętałam każdy szczegół tamtego dnia.
            Przeprowadziliśmy się z Santa Grande, które znajduje się całkiem niedaleko Phoenix. Rodzice wybudowali ten dom, a za każdym razem, kiedy z moim bratem mieliśmy gorsze chwile związane z przeprowadzką nazywali go ,,Nowym Gniazdkiem”. Nie wiem czemu, ale ta nazwa dodawała nam coś na kształt otuchy. Gdy tylko się tu przeprowadziliśmy nasz sąsiad, pan Park zrobił nam pamiątkowe zdjęcie. Rodzice często powtarzali, że ta fotografia pozwoli nam zapamiętać, jak cudowny był wstęp do nowego i lepszego życia.
            Niestety, nie mieli pojęcia, iż ta teoria może się na dłuższą metę nie sprawdzić…
            Odstawiłam zdjęcie na miejsce, po czym obróciłam się i jeszcze raz przyjrzałam każdemu z domowników. Wszyscy wciąż patrzyli na mnie z tym samym wyrazem twarzy co przedtem. Milutko… Wzruszyłam ramionami, a następnie skierowałam się do wyjścia. Nic tu po mnie. Na pewno nie miałam ochoty zaczynać rozmowy jako pierwsza. W przeciwieństwie do nich, ja nie miałam nic do powiedzenia. Doprawdy, nie mam pojęcia po co to wszystko skoro i tak…
            -Poczekaj Terri- zawołał za mną Luc, podrywając się ze swojego miejsca. Natasha drgnęła lekko na dźwięk mojego imienia (od zawsze miałam wrażenie, że kiedy je słyszy dostaje odruchów wymiotnych…).
            -Niby na co?- warknęłam, odwracając się do niego. Oczy pozostałych rozszerzyły się szeroko, jakby na dźwięk mojego głosu, przeżyli jakiś szok.
            Luc, zdawał się zapomnieć co chciał powiedzieć, bo jego usta otwierały się i zamykały co chwilę. Z kim ja muszę żyć?
            -Myślę, że rodzice mają ci coś do oświadczenia- wreszcie udało mu się dobrać odpowiednio słowa oraz wydusić je z siebie.
            -Ciekawe…- fuknęłam, spoglądając kontem oka na swoich opiekunów.
            Mama wymieniła z tatą, krótkie, aczkolwiek zdenerwowane spojrzenie. Ojciec pokiwał powoli głową. Mama podniosła się powoli z kanapy, prostując krótkimi pociągnięciami rąk, tylko dla niej widzialne wgniecenia na spódnicy.
            -Yghm…- odchrząknęła.- No więc, po pierwsze chcieliśmy cię z ojcem przywitać z powrotem w domu- drgnęła, chcąc do mnie podejść i przytulić, ale nagle zdała sobie sprawę, że byłoby to bardzo nie na miejscu.- Po drugie, chcielibyśmy abyś nie miała nam za złe tego co powiedzieliśmy przy naszym ostatnim spotkaniu. To przeszłość, do której żadne z nas nie ma ochoty powracać. Myślimy, iż lepiej by było zacząć od nowa.
            Moja rodzicielka skuliła się, patrząc na mnie z pod pochylonej głowy. Korzyła się przede mną… Bała się mnie… TO COŚ NOWEGO.
            Cmoknęłam, zastanawiając się nad odpowiedzią. Czułam się wyższa statusem od nich. Tak jakbym za moment miała ich osądzić, wydać wyrok. Moja odpowiedź na to, miała wytyczyć szlak dla przyszłości mojej rodziny. I nie ukrywam, cholernie mi się to podobało. Większość dzieciaków zastanawia się, co by było gdyby to rodzice się ich bali, a nie na odwrót. Ja osobiście mogłam zakosztować tego uczucia. Przysięgam, coś niesamowitego oraz… zabawnego.
            Wchodząc do salonu, przez chwile myślałam o tym czy będę musiała założyć na twarz sztuczną maskę i udawać, iż wszystko jest w jak najlepszym porządku. Prawdopodobnie, gdyby moja matka nie pozostawiła swojego losu w moich rękach, do pewnego czasu miałaby ze mną spokój. Ale teraz, kiedy pokusiła się o to, żeby dać mi wybór… POGODZIĆ SIĘ CZY OTOCZYĆ MUREM WOJENNYM? Zdecydowanie to drugie.
            -To jest żałosne- prychnęłam. Luc zmierzył mnie spojrzeniem.- Przepraszam braciszku, ale ja tak nie mogę. Dwa lata… tkwiłam w poprawczaku, czułam się jak bezdomny. Jedyne telefony, które dostawałam były od Luca. Na rozprawie, również pojawił się tylko Luc. Gdy policja mnie zabierała, tylko Luc przytulił mnie i powiedział, że wyciągnie z tego bagna. Tylko on przyjechał po mnie dzisiaj, tylko on dbał o mnie przez ten czas. A wy? Siedzicie tu ze mną zaledwie dziesięć minut, a rozmowę i tak musiał zacząć on, bo nie wierze, iż sami z siebie zaczęlibyście to wszystko. Nie róbcie takich min- skrzywiłam się, widząc zasmuconą twarz mamy, która oklapła na kanapę bliska płaczu oraz ojca, przyglądającego mi się z żalem.- Stajecie tu przede mną i zamiast mnie uściskać, wyznać, iż się tęskniło, to chcecie, żebym tak po prostu sobie zapomniała, co się stało? Oficjalnie wam oświadczam, że spadliście na samo dno.
            Odwróciłam się na piecie, po czym opuściłam salon. Zabrałam swoją walizkę i skierowałam się na górne piętro. Do moich uszu dobiegł szloch matki oraz słowa ojca:
            -Przez dwa lata siedziała w poprawczaku! Że też jeszcze ma czelność, mówić w ten sposób do nas!
            Masz pojebanych rodziców, Terri, po raz pierwszy w swoim życiu zgodziłam się z natrętnym głosem w mojej głowie.

Prolog

Muzyka:
https://www.youtube.com/watch?v=5Lt_lFTBrNI

            Dziewczyna rozglądała się po sali sądowej w poszukiwaniu choć jednej znajomej twarzy. Nikt nie przyszedł. Wszyscy zwiali. Spuściła głowę, zaciskając powieki, aby się nie rozpłakać.
            Sędzia coś mówił, o tych wszystkich złych rzeczach, których się dopuściła. Nie słuchała go. Nie obchodziło ją czy to co robiła było słuszne, czy może złe i nieodpowiedzialne. Miała prawdziwych przyjaciół… którzy w momencie, kiedy najbardziej ich potrzebowała, schowali się do swoich nor i starali się uratować swój własny tyłek.
            Nie miała im tego za złe. Zapewne sama by tak postąpiła. Ale mimo to czuła, że jest jej przykro. Jakby coś rozdzierało ją w sercu. ,,Nie. Oni cie zostawili, nie powinnaś nigdy nazywać ich swoimi przyjaciółmi! Wrobili cię! A ty jesteś zbyt naiwna i głupia, żeby to zauważyć”, w głowie wciąż rozbrzmiewały jej ostatnie zdania, które usłyszała od matki w momencie, kiedy tamtego dnia do domu przyszła po nią policja. To bolało. Ale jeszcze większy ból sprawiał fakt, że jej rodzicielka miała racje…
            Dopiero teraz to do niej doszło. Miała im to za złe. Sama siebie oszukiwała. W pewnym momencie straciła nad tym wszystkim kontrole, a oni to perfidnie wykorzystali. Popisałaś się, dziewczyno, usłyszała w głowie, ten wszechwiedzący głos, który tak kochał jej dokuczać za każdym razem, kiedy zrobiła coś źle.
            Miała ochotę opuścić sale rozpraw. Albo przynajmniej skulić się, po czym zacząć cicho łkać. Chciała pokazać jak bardzo się teraz boi, jak bardzo żałuje. Że nigdy nie dopuściła by się tych wszystkich przewinień, gdyby wiedziała, jak to się zakończy.
            Ze łzami w oczach obejrzała się przez ramie. Jej brat siedział w pierwszym rzędzie, wpatrując się w nią z bólem wypisanym na twarzy. Cierpiał tak samo jak ona. Nie mógł znieść myśli, że jego jedyna, kochana siostrzyczka dała się zwieść i oszukać… wrobić w to wszystko. Mimo tego, iż wielokrotnie ją ostrzegał.
            Ona sama go nie słuchała. Kiwała tylko posłusznie głową, udając, że słucha. I to był błąd. Bo jeśli chociaż raz przysłuchała by się jego monologowi, zrozumiałaby jak bardzo będzie żałować tego co robi.
            Kradła, napadała, biła się… Teraz to brzmi tak głupio, tak źle. Ale kilka dni temu nic sobie z tego nie robiła. Co dziwne, ona to lubiła. Dzień za dniem, robiła to wszystko. Za każdym razem, kiedy łamała prawo czuła takie przyjemne motylki w brzuchu. Tak bardzo to lubiła… Tak bardzo...
            Jednak, siedząc twarzą w twarz z wymiarem sprawiedliwości, miała ochotę cofnąć czas i nigdy nie dopuścić do tego, co się wydarzyło.
            -Sąd najwyższy w Phoenix, skazuje Terri Black na dwa lata w poprawczaku, bez możliwości wcześniejszego zwolnienia- sędzia wydał wyrok. Zmierzył wzrokiem zgarbioną dziewczynę i dodał:- Mam nadzieję, że czegoś cię to nauczy.
            Z pewnością, pomyślała skazana. Ta lekcja jest zbyt oczywista. Nie ufaj nikomu. NIGDY WIĘCEJ.

Nic nie dzieje się przypadkiem...

Nie mam pojęcia jak to się zaczęło. Może siedziałam znudzona, wpatrzona w ulice ciągnącą się za oknem, a może po prostu leżałam znudzona i nagle to poczułam. Istnieje też wersja, że naszło mnie to podczas jednej z lekcji matematyki, kiedy to moja koleżanka z ławki po raz kolejny doprowadziła mnie do śmiechu.
Moje założenie od początku było proste. Mam pomysł, napiszę, opublikuję, dowiem się co ludzie o tym myślą. Po drodze pojawiło się kilka niepewności, tych chwiejnych chwil, kiedy to wątpiłam w to co robię teraz.
PISZĘ. OPOWIADAM. Robię coś co lubię, choć nie jest to doskonałe.
Ta historia, którą mam zamiar Wam opowiedzieć wydarzyła się naprawdę. W mojej wyobraźni ma ona nieskończenie wiele wersji, wątków... i ciągnie się w nieskończoność. Mam nadzieję, że zobaczycie ją taką, jaką ja ją widzę. Ciekawą, wciągającą... być może z odrobiną oryginalności...
Mój wstęp może Was pewnie zrazić. Też dziwnie bym się czuła czytając coś takiego. Ale proszę, nie oceniajcie mnie, oceńcie tą historię...