sobota, 25 maja 2013

So... What should I do now?





W życiu każdy ma tak dużo do powiedzenia. Słuchamy tego wszystkiego obojętnie lub z uwagą. Ale co się dzieje, kiedy braknie nam słów? Milkniemy w niezręcznej ciszy. Ja zamilkłam w bardzo długiej i bardzo niezręcznej ciszy. Milczałam przez czternaście dni, więc przyszedł czas by znów coś powiedzieć. Rodzi się tylko jedno pytanie.
Czy nie powiem za mało?

Muzyka:
https://www.youtube.com/watch?v=suxrIpFZOGk



            Wepchnęłam sobie do ust kilka żelków naraz, czując niezwykłą ulgę. Cisza i spokój. Żadnych docinek, wrzasków… To jest życie.
            Zasadniczo w porze lunchu szkoła pustoszała, natomiast podwórko oraz plac przed budynkiem były pełene uczniów, którzy zachowywali się jak stado dzikich, rozjuszonych wołów. Ja w miłym towarzystwie swojej własnej osoby, przechadzałam się korytarzem, ciesząc się każdą chwilą spokoju.
            Od spotkania Alex oraz wydarzenia w domu minęły dwa dni. Od tamtego czasu mało się zmieniło. W szkole mi dokuczali, robili mi kawały, wyzywali od ,,skazanych na idiotyzm” (choć nie mam pojęcia skąd się wzięło takie stwierdzenie…), a w domu kłóciłam się z ojcem, Natashą oraz matką. Jak na razie pokojowe stosunki utrzymywałam jedynie z Luciem, ale miałam nieodparte przeczucie, że i ten sojusz zostanie niedługo wystawiony na próbę, która z pewnością skończy się niepowodzeniem.
            Dlatego, od tych dwóch dni, w czasie lunchu, krocze samotnie korytarzami, ładując w siebie tony żelków, które były moimi osobistymi tabletkami na uspokojenie.
            I właśnie podczas próbowania wyobrażenia sobie ,,żelkowego raju” usłyszałam po raz pierwszy ten głos. Był taki… przyciągający. Niósł się korytarzem z pobliskiej sali muzycznej. Trochę przytłumiony, bo wydobywający się zza drzwi, ale wciąż tak piękny i czysty. Schowałam żelki do torby, po czym powoli zaczęłam się skradać. Stając obok wejścia do klasy, nałożyłam kaptur na głowę. Nikt nie mógł widzieć jak podglądam. To byłoby… DZIWNE.
            Przełknęłam ślinę, czując idiotyzm tej sytuacji. Dlaczego nie mogłam po prostu stanąć przy drzwiach i nasłuchiwać? Lubisz sobie komplikować życie Terri, ot co, głos w mojej głowie naprowadził mnie na właściwą drogę.
            Westchnęłam, przekręcając klamkę od drzwi, lekko je uchylając, tak by widzieć co dzieje się w środku. Wszystkie ławki podsunięto pod ściany klasy. Na środku stało dwóch chłopaków z gitarami basowymi. DWÓCH CHŁOPAKÓW, KTÓRZY DWA DNI TEMU PRZYGLĄDALI SIĘ MOJEJ KONFRONTACJI Z ALEX.
            Oj, niedobrze. Już chciałam zatrzasnąć drzwi i uciec na drugi koniec szkoły jak najdalej stąd, słuchając się swojego instynktu samozachowawczego, kiedy znowu do moich uszu ten wciągający męski głos. Ponownie zajrzałam przez małą szczelinę do wnętrza pomieszczenia. Moje serce przyspieszyło na widok chłopaka.
            Jego brązowo- orzechowe włosy były ułożone w artystycznym nieładzie. Zielone oczy spoglądały gdzieś przed siebie w wielkim skupieniu. Jego silne ręce trzymały gitarę pewnie, a palce wygrywały dobrze znany rytm z taką dokładnością… Chłopak był postawny, wysoki oraz PRZYSTOJNY. Że tak się wyrażę: CIACHO JAKICH MAŁO.
            Obok niego, nieco z tyłu stał jego rudowłosy towarzysz. Swoje niebieskie oczy skierował na gitarę, marszcząc czoło ze skupieniem. Kilka piegów na jego twarzy dodawało mu uroku. Jego mięśnie napinały się za każdym razem, gdy palcami uderzał w struny. Również był bardzo przystojny, ale niestety w moich oczach nie dorównywał swojemu koledze.
            Wejrzałam trochę głębiej do sali i zauważyła panią… hmmmm… o ile się nie mylę, panią Simson.
            Była to kobieta o siwych włosach, w nieco starszym wieku, prawdopodobnie bliska emerytury. Jak na kogoś w raczej podeszłym wieku, ubierała się jak nastolatka, która jest niezwykle żywiołowa. I o dziwo, taki styl bardzo do niej pasował. Prowadziła w naszej szkole muzykę. Zdążyłam już się z nią zapoznać na wczorajszych zajęciach, kiedy to śpiewaliśmy, a ona nagle dostrzegła we mnie przebłysk talentu…
            Kocham śpiewać od kiedy pamiętam. Robiłam to jako pięciolatka, aż do dzisiaj. Kiedyś publicznie, dziś w kuchni lub pod prysznicem w prywatnym otoczeniu. Nie powiem, żebym była jakoś super utalentowana czy uzdolniona, ale swoje wynucić potrafiłam.
            Teraz, przysłuchując się chłopakowi, który śpiewał tak niesamowicie, że aż ciężko było to wyrazić w słowach, dawne wspomnienia powróciły. Słysząc melodie, zaczęłam pod nosem nucić własne słowa. Tekst przelatywał mi przed oczami i choć śpiewałam co innego, niż ta dwójka, to udawało mi się dopasować do rytmu muzyki, wydobywającej się z dwóch gitar.
            Nim się obejrzałam, siedziałam pod drzwiami, śpiewając na cały głos. Wszystko szło jak po maśle. Starałam się wydobyć jak najczystszy dźwięk i miałam wrażenie, że w sumie mi to wychodziło.
            Czyś ty zdurniała? Śpiewasz sobie pod drzwiami od sali muzycznej na cały głos i nie chcesz zostać zdemaskowana na podsłuchiwaniu? Powodzenia!, głos w mojej głowie zagrzmiał głośno, natychmiast przymykając mi buzię.
            Cholera, cholera, cholera, cholera…. Moje oczy rozszerzyły się szeroko, a serce przyspieszyło. Gdy do moich uszu, nie dotarło nic oprócz dźwięku kroków, zerwałam się ze swojego miejsca. Mocniej naciągnęłam kaptur na głowę i ruszyłam szybkim krokiem korytarzem, byle jak najdalej od tego pomieszczenia.
            Usłyszałam jak drzwi uchylają się, skrzypiąc. Skrzywiłam się, spojrzałam przez ramię. Na końcu korytarza stał ten niezwykle przystojny chłopak. Gdy zobaczył mnie, zaczął biec w moją stronę.
            Zerwałam się, w szybkim tempie uciekając gdzie popadnie. Wpadałam w zakręty z szybkością, jakiej jeszcze nigdy nie udało mi się rozwinąć. Moje trampki piszczały za każdym razem, gdy hamowałam, ocierając podeszwą o podłogę.
            Kiedy wreszcie, udało mi się zgubić chłopaka, zwolniłam nieco, jednak nie na tyle by na kogoś nie wpaść… Odbiłam się od czyjegoś ciała jak piłeczka. Usłyszałam ciche przekleństwo, na szczęście był to dziewczęcy głos. Gdybym wpadła na tego chłopaka, to byłaby masakra! Przecież jak wariatka podsłuchiwałam go, śpiewałam pod drzwiami i…
            -Rozumiem, że gdzieś się pali… Albo brakuje ci kultury- spojrzałam na podłogę przed sobą. Na ziemi siedziała dziewczyna ze skwaszoną miną.- W takich sytuacjach należy przeprosić i pomóc komuś wstać, radzę zapamiętać na przyszłość, jeśli chcesz być szanowana.
            Prychnęłam pod nosem, podając jej rękę. Dziewczyna była mojego wzrostu, niezwykle chuda. Mierzyła mnie błękitnymi oczami, a po wyrazie jej twarzy widać było, iż stara się przypomnieć sobie kim jestem (choć nigdy się nie spotkałyśmy). Miała cztery kolczyki- w wardze, w brwi, nosie i na obu uszach. Jej włosy były przefarbowane na kolor zielony. Był to żywy odcień tak pasujący do dziewczyny, że gdyby nie pewność, iż nie można się urodzić z takim kolorem włosów, pomyślałabym, że takie ma od zawsze.
            -Raczej nie widziałam cie na korytarzach tej szkoły- mruknęła, wciąż mierząc mnie wzorkiem.
            Zamrugałam kilka razy, zszokowana. Rozejrzałam się po korytarzu, upewniając się czy chłopaka nie ma gdzieś w pobliżu, chwyciłam za rękę dziewczyny i pociągnęłam ją w stronę najbliżej damskiej toalety. Nie mogłam tak wiele ryzykować, a ona również nie żyła by najlepiej po tym, jakby zobaczono ją w moim towarzystwie.
            Gdy już upewniłam się, iż teren jest czysty, spojrzałam na nią ponownie.
            -Nazywa się Terri Black, jestem nowa w tej szkole- wyciągnęłam do niej rękę, tak jak to widziałam na filmach, bo uwierzcie mi, ale po dwóch latach w poprawczaku można zapomnieć co to znaczy ,,miłe przywitanie” itd.- Tyle ci powinno wystarczyć, a jeśli chcesz mieć życie w tej szkole to najlepiej się nie przyznawaj, że mnie poznałaś- zakończyłam, doskonale niszcząc swój wizerunek dobrej dziewczynki.
            Choć bardzo chciałam mieć nowe życie, kilku kumpli i zacząć wszystko od początku, to nie mogłam tego zrobić czyimś kosztem. Nawet tak zła osoba jak ja, ma w sobie odrobinę poczucia winny i dobroci.
            Na dźwięk mojego imienia, dziewczyna uśmiechnęła się podejrzliwie. Uścisnęła moja rękę i opowiedziała:
            -Ja nazywam się Leslie Parks, uczę się tu od roku- mrugnęła do mnie.- Jeśli szukasz sobie kompana, który i tak już nie ma życia w tej szkole to go znalazłaś- uniosłam pytająco brwi.- Powiedzmy, że w przeszłości miałam podobne problemy co ty- zaśmiała się w odpowiedzi.
            Oj, niedobrze, po raz drugi. Od razu puściłam jej rękę i cofnęłam się o krok, podejrzliwe marszcząc brwi. Moje ciało przyjęło postawę bojową- odruch wzięty z przeszłości, strasznie trudno się go pozbyć.
            Sprawa z podsłuchiwaniem i śpiewaniem pod drzwiami stała się niczym. Stałam na progu z przeszłością.
            -Spokojnie- zaśmiała się Leslie. Ciekawe, co takiego jest śmiesznego w tej sytuacji.- Skończyłam z tym, bo… skończyłam tam gdzie ty, tylko, że… w innym mieście.
            Pokiwałam nieufnie głową, nagle słysząc gdzieś w głębi swojego umysłu ten przyciągający głos chłopaka. Uspokoiłam się, moje mięśnie się rozluźniły. Odetchnęłam, nie mając pojęcia jak to się stało, że głos nieznajomego był wstanie pomóc mi zmniejszyć produkcję negatywnych emocji.
            Zadrżałam. Miałam co do tego wszystkiego złe przeczucie…
            -Masz mój numer- westchnęła dziewczyna, grzebiąc w torbie. Wyjęła z niej długopis i jakiś papierek, spisała na nim swój numer, poczym podała mi.- Jak oprzytomniejesz albo po prostu będziesz potrzebować kogoś do rozmowy czy pomocy, wystarczy telefon. Widzisz, ja też rozpaczliwie szukam drogi do nowego życia, Terri. I wiem jak na razie o wiele lepiej niż ty, jak może być to ciężkie w tej szkole… zwłaszcza jeśli jest się samemu przeciwko wszystkim uczniom tej zakichanej budy- zapewniła mnie. Już chciała opuścić toaletę, kiedy przy drzwiach odwróciła się do mnie.- Ta sytuacja może ci się wydawać dziwna… Phi, ona jest dziwna, ale… możesz mi zaufać. Jako niepodważalny dowód na to potraktuj to, że nie powiem nikomu o tym jak niesamowicie śpiewałaś podsłuchując tamtych dwóch chłopaków przy sali muzycznej- mrugnęła do mnie i ostatecznie wyszła.
            O. Kurwa.
            Powinnam sobie spisać jakieś podstawowe zasady swojego zachowania podczas lunchu. Wtedy pewnie uniknęłabym tego, że moje życie ponownie się komplikuje.
            Dziewczyna z tak ponurą przeszłością jak moja, ale nie do końca, daje mi swój numer w razie gdybym szukała przyjaciela, a na dodatek widziała mnie jak śpiewam pod drzwiami, chcąc być kompletnie niezauważona. To działa na niekorzyść. Są też jakieś plusy. Na przykład: NOWA ZNAJOMOŚĆ.
            Podsłuchiwanie jak ktoś śpiewa i śpiewanie z nim? Plusy: brak. Minusy: od dziś będę się musiała poruszać po szkole zamaskowana albo nigdy więcej nie będę mogła nałożyć tej bluzy z kapturem, którą aktualnie miałam na sobie.
            Wnioski?
            Po pierwsze: unikaj wszystkiego co śpiewa i przede wszystkim, NIE ŚPIEWAJ.
            Po drugie: trzymaj się starych zasad. Nie ufaj nikomu, nawet tak przyjaznym zielonookim dziewczynom jak Leslie, które jako dowód, że można im zaufać traktują to, że widziały cie w dziwnej sytuacji i nikomu tego nie powiedzą. Tacy ludzie w przeszłości też byli dla ciebie mili oraz zaufani i patrz jak skończyłaś.
            Wracam do punktu wyjścia, a najgorsze w tym jest to, iż tym razem nie wiem co mam zrobić. Nawiązać znajomość czy skryć się w kącie i dać sobie spokój, mimo wielkich planów co do swojej przyszłości?
            A może… uciec?

sobota, 11 maja 2013

Beginning Of The End Of Troubles





Dzień w dzień spotykamy się z przeciwnościami losu. Stawiamy czoło wielu problemom. Dla kogoś kto pisze opowiadania największym problemem jest brak weny. Te chwilowe załamania dopadają mnie nieustannie, ale walka z nimi staje się dla mnie codziennością. Wynikiem mojej obrony i ataku jest ten oto rozdział, który tak jak obiecałam, dedykuje autorkom blogu http://szmaragdowytalizman.blogspot.com/, Tweety i Jej, choć gdy pisałam z nimi na Twitterze to kompletnie nie mogłam rozróżnić, która to która oraz czy aby Tweety i Ona to nie jest jedna osoba ;)

Muzyka:
https://www.youtube.com/watch?v=lrulQAZq7Y8 


               To co się dzieje w moim życiu jest warte pożałowania. Tego niemożna już nawet nazwać pechem…! ,,Miłe” powitanie w domu, kłótnia z Natashą, a teraz jeszcze to…
                Alex Burton to całkowite przeciwieństwo mojej skromnej osoby, którą niegdyś ta dziewczyna próbowała być. Z tego co pamiętam jest wredna, mściwa, wścibska, mało oryginalna i przede wszystkim pamiętliwa…
                Teraz starała się przybrać jak najbardziej wyniosłą postawę. Jej kasztanowe włosy upięte w luźnego koka, podkreślały jej owalną twarz. Zimne, szare oczy taksowały mnie z widocznym obrzydzeniem. Zaróżowione usta wyginały się w zniesmaczonym uśmiechu. Ogólnie cała jej postawa świadczyła o tym jak bardzo żałuje tego, iż kiedykolwiek mnie poznała i próbowała być mną oraz, że nie zdoła strawić tego spotkania przez następny miesiąc (chyba, że weźmie jakieś specyfiki na przeczyszczenie…).
                Natomiast ja miałam ochotę obrócić się na pięcie, zignorować jej żałosną osobę i przez następny rok nauki udawać, że nie istnieje dla mnie człowiek nazywający się Alex Burton. Całą sprawę utrudniał jednak fakt, iż dziewczyna była z obstawą, a gdybym zwiała przed światkami to od razu dostałabym nalepkę ,,TCHÓRZ”. Nie mogłam sobie pozwolić na tak zły tytuł jeśli chciałam wreszcie ułożyć co nieco swoje życie.
                Po prawej stronie dziewczyny, postawny chłopak, który na pewno szkolił się w jakimś sporcie, z wyrazem kpiny na twarzy przyglądał się zaistniałej sytuacji. Tleniona blondynka, trzymała pod rękę Alex i mierzyła badawczym wzrokiem to mnie, to ją. Za tą trójką wlokło się jeszcze dwóch chłopaków, którzy wyraźnie nie należeli do ich grupki, ale zatrzymali się z tyłu przyglądając się całej sytuacji.
                Zbyt zajęta koszeniem wzrokiem mojego wroga numer jeden (pomijając ojca…), kompletnie zapomniałam, że rozpoczęła się lekcja, a Luc powiedział, że mam nie wagarować… Od kiedy to niby jestem taką grzeczną i ułożoną dziewczynką, że słucham się mojego brata? Może- wbrew temu co mówił twój ojciec- nauczyłaś się czegoś w poprawczaku, co?, głos w mojej głowie nasuną mi myśl, która kołatała się gdzieś na obrzeżach mojego umysłu.
                -Proszę, proszę- zaszydziła Alex, na przywitanie.- Wieki cie nie widziałam… Gdzie się podziewałaś, huh?
                -Jakbyś nie wiedziała- wysyczałam, zgryźliwie. Na moje nieszczęście, moja wierna kopia z podstawówki i gimnazjum, była w sądzie tamtego dnia, kiedy wydano wyrok, dotyczący mnie.
                I pomyśleć, że gdyby nie wiele zbiegów okoliczności, to ona wczoraj wyszłaby z poprawczaka…
                *flash back*

                Przebiegłam korytarzem, wzorkiem szukając wzrokiem pozostałych. Mieli dla mnie wiadomość, która miała odmienić moje życie. Na zawsze. Stali zbici w ciasną grupkę, przy wyjściu ze szkoły, a obok nich nerwowo z nogi na nogę przestępowała Alex. Gdy mnie dostrzegła, posłała mi nikły uśmiech. Szkoda, że nie wiedziała jak bardzo jest na straconej pozycji. Byłam niemal pewna jak zakończy się dzisiejsze spotkanie.
                Zatrzymałam się, tuż obok nich, dysząc ciężko. Oparłam ręce na kolanach, próbując złapać dech.
                -Musisz sobie wyrobić formę jak chcesz z nami działać- usłyszałam głos Jane, najbardziej przechylnej mi osobie w całym gangu.
                Przełknęłam ślinę, zdając sobie sprawę, że to był ich wyrok. Mogli wybrać mnie albo Alex. I padło na mnie.
                Spojrzałam na dziewczynę, która zszokowana stała z boku. Pocierała rękami ramiona, drżała lekko. Ale nie robiła tego, bo było jej zimno. Natłok jej emocji, które zbierała w sobie od miesięcy, nagle wypłyną na zewnątrz.
                Rzuciła mi wściekłe spojrzenie.
                -Wiedziałaś- wysyczała, opuszczając ręce wzdłuż ciała i zaciskając dłonie w pięści. Spuściłam głowę, cofając się o krok, aby znaleźć się bliżej grupy. Po mimo tego, że wykonywali bardzo niebezpieczną robotę, ja czułam się wśród nich jak niezniszczalna.
                       - Kiedy kazałaś mi tu przyjść… ugh! Zrobiłaś to tylko po to, żeby mnie upokorzyć! Widzę to w twoim wyrazie twarzy, wiedziałaś kogo wybrali!
                -Nie musiałam nic robić- burknęłam.- Sama zapewniłaś sobie status ciamajdy.
                Alex pokiwała głową przecząco, wciąż nie mogąc w to uwierzyć.
                -W sumie to i lepiej wiesz?-  krzyknęła, ale w jej głosie nie było słychać tej pewności, co widniała w jej obecnej postawie.-To wszystko sprowadzi cie na dno! Zobaczysz! I to nie ja na sam koniec będę tkwiła w pierdlu! Jesteś zwykłą suką i ścierwem, niczym więcej!
                Odeszła, w upokorzeniu pochylając głowę. Nie czułam się najlepiej z tym co powiedziała. Jedno musiałam przyznać- udało jej się zasiać we mnie ziarno niepewności. Ale jego wzrost szybko powstrzymała Jane.
                -Dlatego wybraliśmy ciebie- wyszeptała, ściskając mnie za ramie w pocieszającym geście.- Złamała się po czymś takim, zawsze starała się robić za twoją niedoścignioną kopię… I nigdy jej się to nie udawało. Chodźmy świętować twój awans!- zakrzyknęła i ruszyła w stronę drzwi z pozostałymi.
                Szłam tuż za nimi. Ostatni raz obejrzałam się przez ramię. Po środku korytarza stała zapłakana Alex. Patrzyła na mnie, ale w jej oczach nie było widać smutku, czy zawodu. Tkwił w nich wyraźny komunikat: ,,Zapłacisz mi za to wszystko!”.

*end of flash back*

                Przygryzłam wargę, przytomniejąc. Gdyby tamtego dnia to ona została wybrana, być może dzisiaj, to ja stałabym u boku tej tlenionej blondynki, prawdopodobnie nazywała ją swoją przyjaciółką i żyła normalnie.
                Alex podeszła do mnie powoli, zatrzymała się krok przede mną. Nachyliła się w moją stronę.
                -Zniszczę ci życie w tym liceum. Odpłacę ci za tamte wszystkie dni, kiedy mi dokuczałaś i nabijałaś się ze mnie- wysyczała.
                -I niby jak masz zamiar to zrobić?- zakpiłam, nim zdążyłam pomyśleć.
                -Sama sobie zniszczyłaś dwa lata życia. Jestem ciekawa jak zareagują uczniowie tej szkoły na wiadomość o twojej przeszłości, co? Bo widzisz… Teraz to ja tu trzymam pałeczkę władzy- fuknęła mi w twarz.
                Cholera. Musieli mnie zapisać akurat do tego liceum…


****


                Weszłam do domu trzaskając drzwiami. Rzuciłam torbę na ziemie. W tym ruchu było tyle zmęczenia i zażenowania, że nawet mucha by się nade mną zlitowała.
                Tak jak obiecała mi Alex, moje życie towarzyskie skończyło się zanim jeszcze nie zdążyło się w ogóle zacząć. Kiedy wreszcie udało mi się znaleźć drogę do sali (poszłam dopiero na drugą lekcje) i przesiedziałam historie, z upragnieniem czekając na koniec lekcji oraz żałując, że ominęła mnie biologia, w moim wnętrzu rodził się niepokój. Mogłam w całości wziąć sobie słowa Alex do serca.
                Opuszczając klasę byłam mierzona kilkudziesięcioma parami oczu. Cały korytarz, aż huczał od plotek i opinii na mój temat. Trzeba przyznać, jedna lekcja, a Alex zdążyła już poinformować wszystkich- dziewczyna rzeczywiście zawiesiła się tu na wysokiej pozycji. W moją stronę puszczane były docinki, których treści wole sobie nawet nie przypominać (dla ścisłości- dotyczyły mojego pobytu w poprawczaku), bo gdybym to zrobiła połowa porcelany w tym domu uległa by destrukcji. I tak do końca dnia.
                Przekraczając próg domu, nie czułam ulgi. Wiedziałam, że tu czeka mnie kolejne wyzwanie… Rodzice i Natasha. Zajrzałam do salonu i zobaczyłam ojca z Luciem w spokoju oglądających telewizję. Postanowiłam nie zakłócać ich odpoczynku, po cichu opuściłam pomieszczenie. Wchodząc do kuchni, popełniłam możliwie najgorszy błąd dzisiejszego dnia.
                Nie sprawdzając wcześniej, kto jest w środku, wparowałam do kuchni, w ponurym humorze. Natasha siedziała z moją mamą, nad jakąś gazetą, prawdopodobnie dotyczącą mody i wielu innych kobiecych spraw, śmiejąc się i prowadząc żywą rozmowę na temat nowej kolekcji czegoś tam, gdzieś tam. Szczerze, to nic co by mnie wcześniej interesowało. Ale ten obrazek był zbyt idealny. Zakłócał porządek, do którego zdążyłam się przyzwyczaić- wojna oraz kłótnie, brak pokoju czy dobroci.
                Natasha doskonale dogadywała się z moją matką. Lepiej niż kiedyś. Patrząc na nie, miałam wrażenie, że dziewczyna mojego brata zastąpiła dla mojej rodzicielki córkę, którą teoretycznie wciąż byłam. Nieprzyjemne ukłucie zazdrości wybudziło mnie z osłupienia, jakiego doznałam wchodząc tu. Podeszłam do lodówki, chwyciłam sok i głośno trzasnęłam drzwiczkami (choć nie wiem czy w ogóle się dało, na tyle, żeby przeszkodzić im w tej radosnej wymianie zdań). Coś popchnęło mnie do tego, żeby zakłócić tą beztroskę. Nieprzyzwyczajona do spokoju oraz TAKIEGO widoku, przejęła nade mną kontrolę ta zła strona. Zaciskając ręce na kartonie z napojem, patrzyłam na dwie kobiety mierzące mnie zaniepokojonym i zmieszanym wzrokiem. O dziwo, Natasha wyglądała na najbardziej speszoną, jakby dobrze zdawała sobie sprawę, jak sytuacja się przedstawia.
                Twoja matka potrzebowała idealnej córki. Ty nią nie byłaś, to znalazła sobie tak jakby drugą. Biedne z ciebie dziecko…, usłyszałam cichy głosik w mojej głowie. Cmoknęłam, na potwierdzenie tych słów, ignorując ich ukryty cel. Miały mnie zranić.
                -Posłuchaj Terri. Ja wiem, że to wygląda tak jakbym…- przerwałam Natashy, zdobywając się na najbardziej wściekły i urażony ton. Chciałam w niej wzbudzić uczucie, którego długo się nie pozbędzie oraz przez które będzie cierpieć… WINĘ.
                -… zastąpiła moje miejsce? Lepiej bym tego nie ujęła- burknęłam, wycofując się z kuchni.
                Chciałam ich zostawić w tym pomieszczeniu we dwójkę, żeby obie dusiły się w poczuciu winy. W szkole mnie odrzucili, Alex wróciła w wyjątkowo parszywym humorze, w domu wszystko się pieprzyło, moja mama znalazła sobie nową, idealną córeczkę, a ja popadałam w paranoję…
                Życie jak z bajki, nieprawdaż? Zaśmiałam się cicho pod nosem, zdając sobie sprawę, że to dopiero cholerny początek…

środa, 1 maja 2013

Some things will never change


Z przykrością informuję, że nowy rozdział pojawi się dopiero po majówce ;( Życzę miłego czytania ;) ~ Golden Dancer

 Muzyka:
 https://www.youtube.com/watch?v=8t8n7n-DY4s

           

            Rozejrzałam się po pokoju. Żadnych zmian. Podeszłam do okna, przejechałam ręką po parapecie. Miliony drobinek kurzu uczepiły się mojej ręki, zwijając w kłaki. Jęknęłam z obrzydzeniem, strzepując je na ziemie. Nawet nie byli łaskaw tu posprzątać.
            Otworzyłam okno, wpuszczając świeże powietrze do względnie małego pomieszczenia. Wyjrzałam przez nie, widok był bardzo podobny do tego przed domem, tylko, że o wiele lepszy. Wzięłam głęboki wdech, rozkoszując się słodką wonią miliona rodzajów kwiatów.
            Błagam cię, nie mów, że cieszysz się z powrotu do domu?!, zaskrzeczał głośno głos w mojej głowie. Chyba sobie żartujesz, pomyślałam, odchodząc od okna.
            Ściany mojego pokoju były pomalowane beżową farbą. Drewniane meble, były ozdobione figlarnymi wzorami, które namalowałam na nich niecałe cztery lata temu. Jednoosobowe łóżko stało pod ścianą, nakryte świeżą płachtą. Obok niego było małe okno, wysunięte lekko do przodu. Na tym ,,parapecie” wyłożonym materacem oraz ozdobionym poduszkami, przesiadywałam godzinami, ,,pochłaniając” tysiące książek.
            W ścianie naprzeciwko znajdowały się drzwi do osobnej łazienki. Przeszłam przez pokój, otworzyłam do niej drzwi i zajrzałam do środka. Tu także, nic się nie zmieniło. Ogromna wanna pośrodku pomieszczenia, prysznic w lewym rogu, umywalka oraz sedes tuż przy wyjściu… mały balkonik. Oczywiście, każda z tych rzeczy zakurzona.
            Przewróciłam oczami, zatrzasnęłam drzwi, ponownie znajdując się w swoim pokoju. Otworzyłam walizkę, zaczęłam się powoli wypakowywać. Rozłożyłam rzeczy na podłodze, znalazłam jakąś szmatkę, którą zamoczyłam, otworzyłam szafkę i zaczęłam przecierać półki. W powietrzu unosiły się drobiny kurzu, sprawiając, że nieustannie kichałam.
            Gdy skończyłam wycierać meble, poustawiałam i powkładałam swoje rzeczy w odpowiednie miejsca. Marzył mi się tylko ciepły prysznic… Przeklęłam zdając sobie sprawę, iż cała łazienka jest brudna.
            Oklapłam na łóżko, połowę swojego ciała układając na ,,parapecie”. To zadziwiające, iż nikt jeszcze tu nie przyszedł, choćby Luc- jedyny normalny mieszkaniec tego domu (pomijając mnie). Nie, żebym chciała ich obecności w tym pomieszczeniu, ale to takie… dziwne.
            Wydałam z siebie ciche prychnięcie. Zaczynałam wariować.
            Przez te dwa lata nie tylko dom się nie zmienił. Niektórzy z jego mieszkańców także nie. Niestety. Przymknęłam oczy, zastanawiając się, gdzie ewentualnie mogłabym uciec albo zamieszkać, gdyby jakaś niespodziewana sytuacja mnie do tego zmusiła. Przygryzłam wargę, zdając sobie sprawę, iż musiałabym urządzić własny kącik, w którymś z zaułków między budynkami na ulicy. Moi jedyni ,,przyjaciele” aktualnie nie dawali, żadnych oznak życia. W telewizji nic o nich nie mówili (przynajmniej tak mi się wydawało- jako, że nie miałam jeszcze dostępu do kablówki- ale w tym domu zdecydowanie byłoby o tym głośno).
            Szczerze, nawet gdybym wiedziała, że są w mieście, w życiu nie przyszłabym do nich z własnej woli. Nie po tym wszystkim. To tak, jakbym chciała, żeby historia się powtórzyła. Wtedy zaprezentowałabym tylko i wyłącznie swoją naiwną oraz głupią stronę, co tylko potwierdziło by słowa moich rodziców, które wypowiedzieli nie dalej jak dwa lata temu. A tej satysfakcji nie mogłam im dać.
            Do drzwi mojego pokoju rozległo się ciche pukanie. Przybrałam na twarz wyraz obojętności, ale po chwili pojawił się na niej grymas złości. Nie będę ukrywała swoich negatywnych uczuć w stosunku do tych hien i jednego szczura. Przed Luciem… być może, ale nie przed nimi.
            Podeszłam do drzwi, przekręcając zamek. Do pokoju (ku mojemu zaskoczeniu, jak i przerażeniu) weszła… NATASHA.
            Zacisnęłam ręce w pieści. Ze wszystkich domowników, musiała przyjść akurat ONA! Zniosłabym nawet ojca, ale nie ją!
            -Wynoś się stąd- syknęłam, patrząc na nią z pod byka.
            Na dźwięk mojego głosu, dziewczyna wzdrygnęła się, a na jej twarz wstąpił wyraz obrzydzenia. Pomachała mi przed nosem, grubą, białą teczką, po czym rzuciła ją na pobliską szafkę.
            Uniosłam brew, przenosząc wzrok, na przedmiot. Podeszłam do szafki i chwyciłam teczkę. Ze środka, na ziemie, wysypało się mnóstwo papierów. Na reszcie kartek, które nie wypadły, Natasha położyła iPhona.
            -Luc, wyszedł na chwile z twoją matką na spacer, a ojciec nie miał ochoty tu przychodzić, więc ostatecznie ja musiałam ci wręczyć te papiery- burknęła, z niesmakiem.- Tu masz napisane wszystko, co dotyczy twojej szkoły. Każda najmniejsza pierdoła, łącznie z planem lekcji, numerem do szafki i tak dalej. Książki, są w szkole. Będziesz musiała je jutro odebrać w sekretariacie. Twój nowy telefon ma zapisane numery nas wszystkich. Niestety, włącznie z moim…
            -Nie przejmuj się, usunę go jak najszybciej- przerwałam jej, wkładając w wypowiedzenie, każdego słowa jak najwięcej jadu i obrzydzenia
            -Nie zaprzeczę, że mnie to nie uszczęśliwi- prychnęła.- A skoro już tu jestem, to może powiesz mi, co dokładnie cię napadło, tam na dole, dwie godziny temu, huh?
            Prychnęłam, zbierając kartki z podłogi. Czy ona serio myślała, że jej odpowiem? Może zaraz będzie mi jeszcze matkować. Jak ja nienawidzę tej suki… ugh. Czułam jak stara się wypalić mi dziurę w plecach, mierząc mnie swoim załganym wzrokiem. Miałam ochotę, wstać i przywalić jej po tej szczurowatej twarzy. Czułam to w prawej ręce… Och, jak ona mnie świerzbiła!
            Oczywiście, nie mogłam się pokusić o nadanie jej kolorów, pod jednym z oczu. Luc, rozszarpałby mnie na milion kawałków. Moje życie stanęłoby pod ostatecznym znakiem zapytania. A przecież obiecałam, mojemu bratu, że przynajmniej postaram się być miła.
            Gdybym wiedziała, iż będzie tak ciężko, w żadnym wypadku nie poszłabym na taki układ.
            -Gówno cię to interesuje- odpowiedziałam, starając się powstrzymać swoją złość.- Myślę, że powinnaś już zabrać swój szczurowaty tyłek i opuścić ten pokój. Jak na razie mam tu dość gryzoni.
            -Co ty sobie wyobrażasz?- warknęła, grożąc mi palcem, jakbym była pięcioletnim dzieckiem.- Nikt nie będzie ci tu lizał dupy, po twoim powrocie. Zacznij żyć teraźniejszością! Niczego się nie nauczyłaś w poprawczaku? Miej chociaż trochę pokory. Każdy żałuje swoich czynów, czas, żebyś im wszystkim wybaczyła. Nie możesz ciągnąć tego w nieskończoność. Twoja matka płakała, przez ten cały czas, kiedy ty tkwiłaś w poprawczaku. Dzień w dzień powtarzała, iż ma nadzieję, że jej wybaczysz. Nie masz pojęcia jak bardzo żałuje tych słów, które wypowiedziała dwa lata temu. A twój ojciec?! Przez ten cały czas, nie był zdolny zająć się niczym. Zmniejszyli mu pensje w pracy, bo nie mógł się skupić. Cały czas myślał, co ma ci powiedzieć, gdy wrócisz. I co, myślisz, że wciąż o ciebie nie dbają?! Że są dla ciebie bez serca?! Oni cię kochają, do cholery! I żałują!
            Patrzyłam na nią w milczeniu. Jej klatka piersiowa, unosiła się szybko, w górę i w dół. Pociągnęłam nosem, odłożyłam złożone kartki na szafkę. Starałam się opanować, rosnące w środku mnie uczucie wściekłości, ale im bardziej chciałam je uciszyć, tym mocniej ono wzrastało.
            -Posłuchaj mnie- fuknęłam.- Nie będziesz mi mówiła, komu mam wybaczyć, a kogo nienawidzić. NIC MNIE NIE OBCHODZI, CO ONI CZULI PRZEZ TE DWA LATA! NIC, ROZUMIESZ?!- huknęłam, tak głośno, że dziewczyna cofnęła się o dwa kroki.- Mogli by nawet popaść w depresję, dalej gówno by mnie to obchodziło. Mieli szansę do mnie przyjść. Porozmawiać. Oni są dorośli, Natasha! Nie mogą się bać rozmowy z własną córką, zwłaszcza jeśli zranili jej uczucia tak bardzo. Może nie miałam najlepszych kumpli, nie byłam najgrzeczniejsza, a już z pewnością nie byłam ideałem ich wymarzonej córki. Ale byłam SOBĄ. I nadal jestem. Nic się nie zmieni. A o niektórych błędach ludzi ciężko jest zapomnieć… nie wspominając o wybaczaniu. Dlatego, nigdy więcej mi nie matkuj, bo przysięgam, następnym razem się nie powstrzymam i ci przyłożę!
            -Jesteś niemożliwa, Terri- dziewczyna pokręciła głową wycofując się z pokoju.- Nic, a nic się nie zmieniłaś. Wciąż jesteś tą samą głupiutką, naiwną i nieodpowiedzialną Terri.
            -Tu nie chodzi o to jaka jestem, tylko o to z kim żyje. Nikt nie wyrośnie na zdrowego umysłowo, żyjąc pośród wariatów- rzuciłam w jej stronę.
            Natasha na dźwięk tych słów zatrzymała się i spojrzała na mnie, z zamyśleniem marszcząc brwi.
            -Może nie jesteś głupia, ale z naiwności i nieodpowiedzialności jeszcze nie wyrosłaś- szepnęła, opuszczając mój pokój.
            Adrenalina w mojej krwi zadziałała. Zaczęłam drżeć na całym ciele. Osunęłam się na podłogę. Przyciągnęłam do siebie kolana i objęłam je rękami. Łzy zaczęły mi ściekać po policzkach. Po raz kolejny, komuś udało się mnie zranić, wyprowadzić z równowagi, doprowadzić do takiego stanu. A najgorsze w tym wszystkim było to, iż wcale nie ufałam tej osobie. Moja teoria, że tylko osoby, którym ufasz mogą cię zranić, została obalona przez Natashę, w mniej niż pięć minut.
            Jak ja nie cierpię tej suki…


****


            Przeczesałam ręką włosy. Rozejrzałam się po placu przed ogromnym budynkiem z czerwonej cegły. Uczniowie szkoły Braun High School witali się przy wejściu. Każdy z uśmiechem, niektórzy z ponurą miną, mijali się lub tulili.
            Poczułam lekkie pchnięcie z tyłu. Obejrzałam się przez ramię.
            -No dalej, idź- pogonił mnie Luc, z szerokim uśmiechem na twarzy. Tak, dobrze myślicie, nie miał pojęcia o mojej wczorajszej wymianie zdań z Natashą.
            Czułam się, jakbym miała cztery lata i po raz pierwszy, miała zawitać w przedszkolu. Strach, zdezorientowanie, niechęć… trudno opisać, co takiego dokładnie czułam. Miałam wrażenie, że ma to głęboki związek z moją przeszłością. Przecież to właśnie w szkole zaczęły się wszystkie moje kłopoty. Byłam wtedy taka młoda… Dołączyłam do gangu mając czternaście lat! Uwierzcie, werbowali małych, ale sprytnych graczy. A nie powiem, żeby w sprawie kradzieży i tym podobnych szło mi źle…
            Potrząsnęłam głową. Rozkopujesz stare rany… A może po prostu chcesz do tego wrócić, co? Dla tych przyjemnych motylków w brzuchu…, jak zawsze głos w mojej głowie był bezlitosny.
            -Nie wiem, jak ty, ale ja się zwijam. Pamiętaj, żadnych wagarów- Luc wzruszył ramionami, posyłając mi znaczące spojrzenie.
            -Luc, zaczekaj!- zawołałam za odchodzącym chłopakiem.- Zabierz mnie stąd- szepnęłam, kiedy się odwrócił.
            W odpowiedzi mój brat się zaśmiał.
            -Nieustraszona Terri Black, boi się powrotu do szkoły. Świat staną w płomieniach- zaszydził.
            Przedrzeźniłam go, a gdy tylko się odwrócił, aby posłać mi ostatnie spojrzenie pokazałam mu język.
            -Nieustraszona Terri Black, nie boi się powrotu do szkoły, tylko powtórki z przeszłości- burknęłam pod nosem, powoli zmierzając w stronę budynku.
            Kilkadziesiąt par oczu, wpatrywało się we mnie bezczelnie. Zasłoniłam twarz włosami, wzrok skupiłam na swoich butach. Wchodząc po betonowych schodach, podniosłam głowę. Nie mogłam im pokazać, że się boję. W końcu nie jestem niewinną dziewczynką. Miałam za sobą swoją czarną przeszłość, ale to nie oznaczało, że nie mogłam zacząć budować sobie mostu do ŚWIETLANEJ przyszłości, prawda?
            Pchnęłam drzwi do szkoły i znalazłam się w istnym ZOO. Uczniowie rzucali się na siebie, śmiali, rozmawiali, biegali, gdzieś niedaleko było słychać śmiech dziewczyn, a obok nich basowe głos. Tak zwana grupa ,,popularnych”…
            Przepychałam się między tym tłumem, nieposkromionych zwierząt, w poszukiwaniu sekretariatu. Dzięki Bogu, dziś nałożyłam swoje stare, czarne trampki (czasami noszę koturny), bo inaczej szybko skończyłabym na podłodze.
            W środku budynku było całkiem inaczej niż na zewnątrz. Nikt zdawał się nie zwracać uwagi, iż korytarzem idzie nowa osoba. W końcu mieliśmy końcówkę kwietnia. Kto by się spodziewał, że jakiś nowy uczeń zawita o tak późnej porze w szkole. Zwykle takie rzeczy odbywają się na początku września.
            Gdy wreszcie odnalazłam sekretariat (kobiety, które tam pracowały najwyraźniej musiały wiedzieć, że wróciłam z poprawczaka, bo spoglądały na mnie z pod przymrużonych oczu, ze swego rodzaju podejrzliwością) i odebrałam książki, zadzwonił dzwonek na lekcje.
            Westchnęłam ciężko, zdając sobie sprawę, iż się spóźnię. Oznaczało to, że gdy tylko wejdę do klasy, kilkanaście ciekawskich par oczu ponownie zwróci się w moją stronę. Będę musiała to znieść w milczeniu, tak jak przy wejściu do szkoły. Taki już mój smutny los…
            Odnalazłam swoją szafkę i wprowadziłam szyfr, który wykułam na pamięć wczoraj wieczorem, zaraz po tym jak się pozbierałam. Dziś mogłam wyglądać dobrze, jakbym się nie przejmowała wczorajszą kłótnią z Natashą, ale jej słowa… Nie mogłam uwierzyć, iż jestem taka żałosna. Każda najmniejsza obraza, sprawiała, że spadałam na same dno. Taplam się w odmętach mojej przeszłości, która rujnuje moją przyszłość…
            Włożyłam do torby potrzebne książki, a pozostałe schowałam do szafki. Zatrzasnęłam drzwiczki, po czym już miałam się udać do klasy, kiedy… No właśnie, co? Stanęłam jak wryta, nie mając pojęcia jaką lekcję teraz mam oraz gdzie ona się odbywa.
            Wygrzebałam z torby plan na cały tydzień, znalazłam wtorek. Biologia… hmm… może być ciekawie. Lubię ten przedmiot. Sala 202.
            Rozejrzałam się po korytarzu. Gdzie teraz mam iść? Od strony wejścia do szkoły dobiegł mnie głośny śmiech. Skierowałam się w tamtą stronę, mając nadzieję, że pozostali spóźnieni uczniowie udzielą mi wskazówki, jak dotrzeć do sali.
            Jednak, gdy zobaczyłam kto wchodzi do szkoły natychmiast pożałowałam swojej decyzji… W moją stronę kierowała się osoba, która z czasów gimnazjum i podstawówki była moim największym wrogiem. Drodzy państwo, przed wami Alex Burton, moja niedoszła kopia i przeciwniczka, w każdej możliwej dziedzinie.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

We should forget about past



 Muzyka:
 https://www.youtube.com/watch?v=C7yuGlpCy8M


            Zasłoniłam oczy przed promieniami słonecznymi. Dziś było wyjątkowo gorąco. Poprawiłam pas, który przy każdym, nawet najmniejszym ruchu, wbijał mi się w ramie. Przekrzywiłam lekko głowę, żeby kątem oka widzieć mojego brata, który z grobową miną prowadził samochód.
            Ściął swoje kruczoczarne włosy (takie same jak moje). Jego zielone oczy stały się ciemniejsze. Nie było w nich tego blasku, który widziałam kiedyś, tak bardzo dawno temu. Widać było, że zaczął regularnie uczęszczać na siłownie. Mięśnie delikatnie odznaczały mu się z pod koszuli w kratkę. Był jeszcze jeden fakt, którego nie mogłam przetrawić. Miał już dziewiętnaście lat. Dwa lata straszy ode mnie, nie da się pomylić.
            Przez myśl przemknęło mi jedno pytanie… Czy wciąż spotykał się z Natashą? Westchnęłam, odwracając wzrok w stronę okna. Oby nie. Ta… że tak się wyrażę, suka, była najgorszym co mogło spotkać mojego brata (oprócz mnie). Wścibska, chamska, ze szczurzą twarzą… Nie mam pojęcia, co on w niej widział…
            -Rodzice i Natasha czekają w domu. Proszę, postaraj się być miła- odchrząkną, po czym wolno wypowiedział te słowa.
            A jednak. Jeszcze się umawia z tym szczurem…
-Masz to jak w banku- burknęłam, przewracając oczami. Zmierzył mnie badawczym wzrokiem.- Błagam cię, Luc. Postaram się być miła… na tyle ile mi pozwolą.
            Zaśmiał się cicho pod nosem. Na ten dźwięk, wyszczerzyłam się szeroko.
            Zatrzymaliśmy się na światłach. Mój brat odwrócił się w moją stronę, po czym mnie przytulił. Zszokowana, przez chwilę nie odwzajemniałam uścisku. Gdy tylko oprzytomniałam uścisnęłam go równie mocno.
            -Bardzo za tobą tęskniłem- szepnął mi do ucha, jeszcze mocniej ściskając.
            -A ja za tobą- wydusiłam.- Ale jak zaraz mnie nie puścisz to będziemy musieli jechać na ostry dyżur… zgnieciesz mnie!
            Luc parsknął śmiechem, puścił mnie. Przez dalszą drogę rozmawialiśmy o tym, co się zmieniło. W domu, w mieście… Okazało się, że nie było tego tak wiele. W sumie, ten temat mało mnie interesował, ale postanowiłam się zamknąć i pozwolić swojemu bratu mówić. Nie słuchaj go znowu… a wiadomo, gdzie skończysz, zaszydził głos w mojej głowie.
            Moje ciało momentalnie się napięło. Mój słuch automatycznie się wyostrzył, uważałam na każde słowo Luca tak bardzo, że mocniej się nie dało.
            W pewnej chwili mój brat zamilkł. Spojrzałam na niego, zdziwiona. Widząc jego zamyśloną minę, zdałam sobie sprawę, iż samochód stoi, a silnik nie pracuje. Przeniosłam powoli wzrok na przednią szybę i pochyliłam się do przodu.
            -Cholera- mruknęłam pod nosem. Widok budynku, który niegdyś zwykłam nazywać swoim ,,domem” był dziwny.
            Przez te dwa lata, kiedy mnie tu nie było, nie zmienił się ani trochę. Te same miętowe deski, którymi były obite zewnętrzne ściany, mały taras, a na nim niewielka huśtawka z kwiecistymi wzorami… oraz ogród. Żywy, kolorowy, niczym z bajki. Miliony rodzajów kwiatów, kilka płaczących wierzb… Mama radzi sobie z tym lepiej, niż bym przepuszczała.
            Pielęgnacja ogrodu jest dla niej czymś w rodzaju hobby, przy którym może oderwać się od rzeczywistości, nie myśleć o kłopotach… A, że od co najmniej dwóch lat kłopotów miała co nie miara, to ten skrawek ziemi wyglądał wyśmienicie.
            Luc odchrząknął, wybudzając mnie z zamyślenia. Zmarszczyłam brwi, kiedy otworzył drzwi samochodu i wysiadł. Oparłam się o siedzenie. Miałam wrażenie, iż jedna z firanek poruszyła się. Moja ostatnia nadzieja w tym, że to tylko wiatr i uda mi się uniknąć konfrontacji z rodziną, mimo, iż nie dalej jak dziesięć minut temu usłyszałam od brata, iż wszyscy wyczekują mojego powrotu.
            Nie poruszyłam się ani na chwile. To było silniejsze ode mnie. Czego się boisz? Powtórki z przed dwóch lat, czy tego, że żebyś mogła z nimi żyć w spokoju, będziesz musiała im zaufać? A wiadomo, iż to drugie, to ostatnie co chciałabyś zrobić, zakpił ten przeklęty głos w mojej głowie. Wyszeptałam pod nosem przekleństwo. Z tyłu rozległ się trzask zamykanego bagażnika. Mimo to wciąż siedziałam nieruchomo, wpatrując się w dom z nieciekawą miną.
            Do szyby obok rozległo się ciche pukanie. Wcisnęłam przycisk, który sprawił, że szkło, które oddzielało mnie od mojego rozmówcy, zjechało w dół.
            -Wiem, że to ciężkie, po dwóch latach wrócić do domu i udawać, iż wszystko jest okej… Zwłaszcza, gdy pożegnanie nie było zbyt przyjemne…- zaczął Luc.
            -Mogłeś sobie darować tą ostatnią uwagę- przerwałam mu, zakładając ręce na piersiach. Wpatrywałam się w dom z wielkim skupieniem, a moim jedynym marzeniem było posiadanie mocy, dzięki której mogłabym zburzyć każdy budynek, na który spojrzę.
            -Przepraszam- mruknął skonsternowany.- Więc, chciałem tylko powiedzieć, że jak będziesz gotowa to wejdź.
            Przewróciłam oczami.
            -Idę z tobą, bo jak pójdziesz beze mnie to cię zeżrą za to, że nie zaciągnąłeś mnie do domu od razu- prychnęłam, zasuwając okno i wysiadając z samochodu.
            -Prosiłem cię, żebyś chociaż spróbowała być w stosunku do nich miła- odparł spięty Luc.
            -Zrozumiałam, że mam być taka tylko w obecności tych hien- odpowiedziałam mu szybko, zatrzaskując drzwi z hukiem.
            Mój brat spojrzał na mnie ze zdenerwowaniem.
            -To samochód ojca, wiesz?- burknął.
            -No właśnie- sarknęłam.
            Ruszyliśmy w stronę drzwi wejściowych. Wchodząc po schodach na werandę, nie czułam nic. Żadnej więzi z tym wszystkim, co tylko napotkał mój wzrok. Czysta obojętność. Gdy Luc otworzył drzwi, do moich nozdrzy dotarł zapach świeżo upieczonego ciasta. Piernika. Zaśmiałam się pod nosem. No, no… moja własna rodzina chce się wdać w moje łaski. INTERESUJĄCE.
            Przekroczyłam próg z myślą, że to całe zamieszanie jest po prostu żałosne. Cały dom lśnił czystością, każdy najmniejszy szczegół jaki pamiętałam był taki sam. Dwa lata, żadnych zmian. Błagam, nie obraziłabym się jakby chociaż przemalowali ściany w przedpokoju. Farba kompletnie wyblakła, a niegdyś wściekle żółty kolor, teraz był prawie biały.
            Kiedy ostatni raz tu byłam, straciłam sentyment do każdej z tych rzeczy. Wszystko wydawało się takie chłodne, prawie, że nieznajome. Czyja to zasługa? Moich kochanych rodziców…
            Gdyby powiedzieli wtedy chociaż: ,,Będziemy cię wspierać, zrobimy cokolwiek, abyś nie musiała cierpieć”... Ale nie, oni zrobili po swojemu. ,,Nie chcemy cie tu więcej widzieć. Jesteś naiwna i głupia.”, to ostanie co usłyszałam. A mimo to, po tych dwóch latach, chcą mnie tu przywitać z otwartymi ramionami. PIEPRZCIE SIĘ.
            Luc postawił moją walizkę na ziemi. Zdjęłam buty, a on pokiwał głową w stronę salonu. Chciał, żebym tam z nim weszła…
            Czyli to już teraz…? To dziś miałam przywdziać tą fałszywą maskę, udawać, iż jest lepiej niż kiedykolwiek? Zaraz się przekonamy…
            Weszłam do salonu. Oczy trójki zebranych, skierowały się w moją stronę. Lekko osiwiały ojciec, przyglądał mi się z pustym wyrazem twarzy. Mama patrzyła na mnie smutnymi oczami, wyglądała na zmęczoną. Natomiast Natasha (miałam ochotę wskoczyć na sofę i zacząć się drzeć: ,Aaaaaaaaa, szczur w domu!”…) mierzyła mnie swoimi błękitnymi oczami, przybierając na twarz zbyt sztuczny uśmiech, że chyba nawet Luc to zauważył, bo lekko się skrzywił.
            Oblizałam usta, podparłam ręce o biodra, po czym powoli uniosłam prawą brew. Mój brat, nerwowym krokiem ruszył w stronę miejsca obok Natashy, co chwile rzucając mi błagalne spojrzenie. Przypominał mi o naszej wcześniejszej „umowie”.
            Pociągnęłam nosem, rozglądając się naokoło. Wolnym krokiem, skierowałam się w stronę kominka, nad którym ustawione były nasze stare zdjęcia. Chwyciłam pierwsze z brzegu, chcąc przywołać jakiekolwiek wspomnienie. Na fotografii widniała cała nasza piątka… niestety Natashy idealnie udało się zniszczyć tą pamiątkę. Odstawiłam zdjęcie, tak szybko jak mogłam. Chwyciłam następne. Tym razem trafiłam nieco lepiej. We czwórkę, staliśmy przed domem. Ja, Luc, mama i tata. Każdy się uśmiechał i obejmował ramieniem. Ja z moim bratem nieco z przodu, a rodzice za nami. Dobrze pamiętałam każdy szczegół tamtego dnia.
            Przeprowadziliśmy się z Santa Grande, które znajduje się całkiem niedaleko Phoenix. Rodzice wybudowali ten dom, a za każdym razem, kiedy z moim bratem mieliśmy gorsze chwile związane z przeprowadzką nazywali go ,,Nowym Gniazdkiem”. Nie wiem czemu, ale ta nazwa dodawała nam coś na kształt otuchy. Gdy tylko się tu przeprowadziliśmy nasz sąsiad, pan Park zrobił nam pamiątkowe zdjęcie. Rodzice często powtarzali, że ta fotografia pozwoli nam zapamiętać, jak cudowny był wstęp do nowego i lepszego życia.
            Niestety, nie mieli pojęcia, iż ta teoria może się na dłuższą metę nie sprawdzić…
            Odstawiłam zdjęcie na miejsce, po czym obróciłam się i jeszcze raz przyjrzałam każdemu z domowników. Wszyscy wciąż patrzyli na mnie z tym samym wyrazem twarzy co przedtem. Milutko… Wzruszyłam ramionami, a następnie skierowałam się do wyjścia. Nic tu po mnie. Na pewno nie miałam ochoty zaczynać rozmowy jako pierwsza. W przeciwieństwie do nich, ja nie miałam nic do powiedzenia. Doprawdy, nie mam pojęcia po co to wszystko skoro i tak…
            -Poczekaj Terri- zawołał za mną Luc, podrywając się ze swojego miejsca. Natasha drgnęła lekko na dźwięk mojego imienia (od zawsze miałam wrażenie, że kiedy je słyszy dostaje odruchów wymiotnych…).
            -Niby na co?- warknęłam, odwracając się do niego. Oczy pozostałych rozszerzyły się szeroko, jakby na dźwięk mojego głosu, przeżyli jakiś szok.
            Luc, zdawał się zapomnieć co chciał powiedzieć, bo jego usta otwierały się i zamykały co chwilę. Z kim ja muszę żyć?
            -Myślę, że rodzice mają ci coś do oświadczenia- wreszcie udało mu się dobrać odpowiednio słowa oraz wydusić je z siebie.
            -Ciekawe…- fuknęłam, spoglądając kontem oka na swoich opiekunów.
            Mama wymieniła z tatą, krótkie, aczkolwiek zdenerwowane spojrzenie. Ojciec pokiwał powoli głową. Mama podniosła się powoli z kanapy, prostując krótkimi pociągnięciami rąk, tylko dla niej widzialne wgniecenia na spódnicy.
            -Yghm…- odchrząknęła.- No więc, po pierwsze chcieliśmy cię z ojcem przywitać z powrotem w domu- drgnęła, chcąc do mnie podejść i przytulić, ale nagle zdała sobie sprawę, że byłoby to bardzo nie na miejscu.- Po drugie, chcielibyśmy abyś nie miała nam za złe tego co powiedzieliśmy przy naszym ostatnim spotkaniu. To przeszłość, do której żadne z nas nie ma ochoty powracać. Myślimy, iż lepiej by było zacząć od nowa.
            Moja rodzicielka skuliła się, patrząc na mnie z pod pochylonej głowy. Korzyła się przede mną… Bała się mnie… TO COŚ NOWEGO.
            Cmoknęłam, zastanawiając się nad odpowiedzią. Czułam się wyższa statusem od nich. Tak jakbym za moment miała ich osądzić, wydać wyrok. Moja odpowiedź na to, miała wytyczyć szlak dla przyszłości mojej rodziny. I nie ukrywam, cholernie mi się to podobało. Większość dzieciaków zastanawia się, co by było gdyby to rodzice się ich bali, a nie na odwrót. Ja osobiście mogłam zakosztować tego uczucia. Przysięgam, coś niesamowitego oraz… zabawnego.
            Wchodząc do salonu, przez chwile myślałam o tym czy będę musiała założyć na twarz sztuczną maskę i udawać, iż wszystko jest w jak najlepszym porządku. Prawdopodobnie, gdyby moja matka nie pozostawiła swojego losu w moich rękach, do pewnego czasu miałaby ze mną spokój. Ale teraz, kiedy pokusiła się o to, żeby dać mi wybór… POGODZIĆ SIĘ CZY OTOCZYĆ MUREM WOJENNYM? Zdecydowanie to drugie.
            -To jest żałosne- prychnęłam. Luc zmierzył mnie spojrzeniem.- Przepraszam braciszku, ale ja tak nie mogę. Dwa lata… tkwiłam w poprawczaku, czułam się jak bezdomny. Jedyne telefony, które dostawałam były od Luca. Na rozprawie, również pojawił się tylko Luc. Gdy policja mnie zabierała, tylko Luc przytulił mnie i powiedział, że wyciągnie z tego bagna. Tylko on przyjechał po mnie dzisiaj, tylko on dbał o mnie przez ten czas. A wy? Siedzicie tu ze mną zaledwie dziesięć minut, a rozmowę i tak musiał zacząć on, bo nie wierze, iż sami z siebie zaczęlibyście to wszystko. Nie róbcie takich min- skrzywiłam się, widząc zasmuconą twarz mamy, która oklapła na kanapę bliska płaczu oraz ojca, przyglądającego mi się z żalem.- Stajecie tu przede mną i zamiast mnie uściskać, wyznać, iż się tęskniło, to chcecie, żebym tak po prostu sobie zapomniała, co się stało? Oficjalnie wam oświadczam, że spadliście na samo dno.
            Odwróciłam się na piecie, po czym opuściłam salon. Zabrałam swoją walizkę i skierowałam się na górne piętro. Do moich uszu dobiegł szloch matki oraz słowa ojca:
            -Przez dwa lata siedziała w poprawczaku! Że też jeszcze ma czelność, mówić w ten sposób do nas!
            Masz pojebanych rodziców, Terri, po raz pierwszy w swoim życiu zgodziłam się z natrętnym głosem w mojej głowie.