sobota, 25 maja 2013

So... What should I do now?





W życiu każdy ma tak dużo do powiedzenia. Słuchamy tego wszystkiego obojętnie lub z uwagą. Ale co się dzieje, kiedy braknie nam słów? Milkniemy w niezręcznej ciszy. Ja zamilkłam w bardzo długiej i bardzo niezręcznej ciszy. Milczałam przez czternaście dni, więc przyszedł czas by znów coś powiedzieć. Rodzi się tylko jedno pytanie.
Czy nie powiem za mało?

Muzyka:
https://www.youtube.com/watch?v=suxrIpFZOGk



            Wepchnęłam sobie do ust kilka żelków naraz, czując niezwykłą ulgę. Cisza i spokój. Żadnych docinek, wrzasków… To jest życie.
            Zasadniczo w porze lunchu szkoła pustoszała, natomiast podwórko oraz plac przed budynkiem były pełene uczniów, którzy zachowywali się jak stado dzikich, rozjuszonych wołów. Ja w miłym towarzystwie swojej własnej osoby, przechadzałam się korytarzem, ciesząc się każdą chwilą spokoju.
            Od spotkania Alex oraz wydarzenia w domu minęły dwa dni. Od tamtego czasu mało się zmieniło. W szkole mi dokuczali, robili mi kawały, wyzywali od ,,skazanych na idiotyzm” (choć nie mam pojęcia skąd się wzięło takie stwierdzenie…), a w domu kłóciłam się z ojcem, Natashą oraz matką. Jak na razie pokojowe stosunki utrzymywałam jedynie z Luciem, ale miałam nieodparte przeczucie, że i ten sojusz zostanie niedługo wystawiony na próbę, która z pewnością skończy się niepowodzeniem.
            Dlatego, od tych dwóch dni, w czasie lunchu, krocze samotnie korytarzami, ładując w siebie tony żelków, które były moimi osobistymi tabletkami na uspokojenie.
            I właśnie podczas próbowania wyobrażenia sobie ,,żelkowego raju” usłyszałam po raz pierwszy ten głos. Był taki… przyciągający. Niósł się korytarzem z pobliskiej sali muzycznej. Trochę przytłumiony, bo wydobywający się zza drzwi, ale wciąż tak piękny i czysty. Schowałam żelki do torby, po czym powoli zaczęłam się skradać. Stając obok wejścia do klasy, nałożyłam kaptur na głowę. Nikt nie mógł widzieć jak podglądam. To byłoby… DZIWNE.
            Przełknęłam ślinę, czując idiotyzm tej sytuacji. Dlaczego nie mogłam po prostu stanąć przy drzwiach i nasłuchiwać? Lubisz sobie komplikować życie Terri, ot co, głos w mojej głowie naprowadził mnie na właściwą drogę.
            Westchnęłam, przekręcając klamkę od drzwi, lekko je uchylając, tak by widzieć co dzieje się w środku. Wszystkie ławki podsunięto pod ściany klasy. Na środku stało dwóch chłopaków z gitarami basowymi. DWÓCH CHŁOPAKÓW, KTÓRZY DWA DNI TEMU PRZYGLĄDALI SIĘ MOJEJ KONFRONTACJI Z ALEX.
            Oj, niedobrze. Już chciałam zatrzasnąć drzwi i uciec na drugi koniec szkoły jak najdalej stąd, słuchając się swojego instynktu samozachowawczego, kiedy znowu do moich uszu ten wciągający męski głos. Ponownie zajrzałam przez małą szczelinę do wnętrza pomieszczenia. Moje serce przyspieszyło na widok chłopaka.
            Jego brązowo- orzechowe włosy były ułożone w artystycznym nieładzie. Zielone oczy spoglądały gdzieś przed siebie w wielkim skupieniu. Jego silne ręce trzymały gitarę pewnie, a palce wygrywały dobrze znany rytm z taką dokładnością… Chłopak był postawny, wysoki oraz PRZYSTOJNY. Że tak się wyrażę: CIACHO JAKICH MAŁO.
            Obok niego, nieco z tyłu stał jego rudowłosy towarzysz. Swoje niebieskie oczy skierował na gitarę, marszcząc czoło ze skupieniem. Kilka piegów na jego twarzy dodawało mu uroku. Jego mięśnie napinały się za każdym razem, gdy palcami uderzał w struny. Również był bardzo przystojny, ale niestety w moich oczach nie dorównywał swojemu koledze.
            Wejrzałam trochę głębiej do sali i zauważyła panią… hmmmm… o ile się nie mylę, panią Simson.
            Była to kobieta o siwych włosach, w nieco starszym wieku, prawdopodobnie bliska emerytury. Jak na kogoś w raczej podeszłym wieku, ubierała się jak nastolatka, która jest niezwykle żywiołowa. I o dziwo, taki styl bardzo do niej pasował. Prowadziła w naszej szkole muzykę. Zdążyłam już się z nią zapoznać na wczorajszych zajęciach, kiedy to śpiewaliśmy, a ona nagle dostrzegła we mnie przebłysk talentu…
            Kocham śpiewać od kiedy pamiętam. Robiłam to jako pięciolatka, aż do dzisiaj. Kiedyś publicznie, dziś w kuchni lub pod prysznicem w prywatnym otoczeniu. Nie powiem, żebym była jakoś super utalentowana czy uzdolniona, ale swoje wynucić potrafiłam.
            Teraz, przysłuchując się chłopakowi, który śpiewał tak niesamowicie, że aż ciężko było to wyrazić w słowach, dawne wspomnienia powróciły. Słysząc melodie, zaczęłam pod nosem nucić własne słowa. Tekst przelatywał mi przed oczami i choć śpiewałam co innego, niż ta dwójka, to udawało mi się dopasować do rytmu muzyki, wydobywającej się z dwóch gitar.
            Nim się obejrzałam, siedziałam pod drzwiami, śpiewając na cały głos. Wszystko szło jak po maśle. Starałam się wydobyć jak najczystszy dźwięk i miałam wrażenie, że w sumie mi to wychodziło.
            Czyś ty zdurniała? Śpiewasz sobie pod drzwiami od sali muzycznej na cały głos i nie chcesz zostać zdemaskowana na podsłuchiwaniu? Powodzenia!, głos w mojej głowie zagrzmiał głośno, natychmiast przymykając mi buzię.
            Cholera, cholera, cholera, cholera…. Moje oczy rozszerzyły się szeroko, a serce przyspieszyło. Gdy do moich uszu, nie dotarło nic oprócz dźwięku kroków, zerwałam się ze swojego miejsca. Mocniej naciągnęłam kaptur na głowę i ruszyłam szybkim krokiem korytarzem, byle jak najdalej od tego pomieszczenia.
            Usłyszałam jak drzwi uchylają się, skrzypiąc. Skrzywiłam się, spojrzałam przez ramię. Na końcu korytarza stał ten niezwykle przystojny chłopak. Gdy zobaczył mnie, zaczął biec w moją stronę.
            Zerwałam się, w szybkim tempie uciekając gdzie popadnie. Wpadałam w zakręty z szybkością, jakiej jeszcze nigdy nie udało mi się rozwinąć. Moje trampki piszczały za każdym razem, gdy hamowałam, ocierając podeszwą o podłogę.
            Kiedy wreszcie, udało mi się zgubić chłopaka, zwolniłam nieco, jednak nie na tyle by na kogoś nie wpaść… Odbiłam się od czyjegoś ciała jak piłeczka. Usłyszałam ciche przekleństwo, na szczęście był to dziewczęcy głos. Gdybym wpadła na tego chłopaka, to byłaby masakra! Przecież jak wariatka podsłuchiwałam go, śpiewałam pod drzwiami i…
            -Rozumiem, że gdzieś się pali… Albo brakuje ci kultury- spojrzałam na podłogę przed sobą. Na ziemi siedziała dziewczyna ze skwaszoną miną.- W takich sytuacjach należy przeprosić i pomóc komuś wstać, radzę zapamiętać na przyszłość, jeśli chcesz być szanowana.
            Prychnęłam pod nosem, podając jej rękę. Dziewczyna była mojego wzrostu, niezwykle chuda. Mierzyła mnie błękitnymi oczami, a po wyrazie jej twarzy widać było, iż stara się przypomnieć sobie kim jestem (choć nigdy się nie spotkałyśmy). Miała cztery kolczyki- w wardze, w brwi, nosie i na obu uszach. Jej włosy były przefarbowane na kolor zielony. Był to żywy odcień tak pasujący do dziewczyny, że gdyby nie pewność, iż nie można się urodzić z takim kolorem włosów, pomyślałabym, że takie ma od zawsze.
            -Raczej nie widziałam cie na korytarzach tej szkoły- mruknęła, wciąż mierząc mnie wzorkiem.
            Zamrugałam kilka razy, zszokowana. Rozejrzałam się po korytarzu, upewniając się czy chłopaka nie ma gdzieś w pobliżu, chwyciłam za rękę dziewczyny i pociągnęłam ją w stronę najbliżej damskiej toalety. Nie mogłam tak wiele ryzykować, a ona również nie żyła by najlepiej po tym, jakby zobaczono ją w moim towarzystwie.
            Gdy już upewniłam się, iż teren jest czysty, spojrzałam na nią ponownie.
            -Nazywa się Terri Black, jestem nowa w tej szkole- wyciągnęłam do niej rękę, tak jak to widziałam na filmach, bo uwierzcie mi, ale po dwóch latach w poprawczaku można zapomnieć co to znaczy ,,miłe przywitanie” itd.- Tyle ci powinno wystarczyć, a jeśli chcesz mieć życie w tej szkole to najlepiej się nie przyznawaj, że mnie poznałaś- zakończyłam, doskonale niszcząc swój wizerunek dobrej dziewczynki.
            Choć bardzo chciałam mieć nowe życie, kilku kumpli i zacząć wszystko od początku, to nie mogłam tego zrobić czyimś kosztem. Nawet tak zła osoba jak ja, ma w sobie odrobinę poczucia winny i dobroci.
            Na dźwięk mojego imienia, dziewczyna uśmiechnęła się podejrzliwie. Uścisnęła moja rękę i opowiedziała:
            -Ja nazywam się Leslie Parks, uczę się tu od roku- mrugnęła do mnie.- Jeśli szukasz sobie kompana, który i tak już nie ma życia w tej szkole to go znalazłaś- uniosłam pytająco brwi.- Powiedzmy, że w przeszłości miałam podobne problemy co ty- zaśmiała się w odpowiedzi.
            Oj, niedobrze, po raz drugi. Od razu puściłam jej rękę i cofnęłam się o krok, podejrzliwe marszcząc brwi. Moje ciało przyjęło postawę bojową- odruch wzięty z przeszłości, strasznie trudno się go pozbyć.
            Sprawa z podsłuchiwaniem i śpiewaniem pod drzwiami stała się niczym. Stałam na progu z przeszłością.
            -Spokojnie- zaśmiała się Leslie. Ciekawe, co takiego jest śmiesznego w tej sytuacji.- Skończyłam z tym, bo… skończyłam tam gdzie ty, tylko, że… w innym mieście.
            Pokiwałam nieufnie głową, nagle słysząc gdzieś w głębi swojego umysłu ten przyciągający głos chłopaka. Uspokoiłam się, moje mięśnie się rozluźniły. Odetchnęłam, nie mając pojęcia jak to się stało, że głos nieznajomego był wstanie pomóc mi zmniejszyć produkcję negatywnych emocji.
            Zadrżałam. Miałam co do tego wszystkiego złe przeczucie…
            -Masz mój numer- westchnęła dziewczyna, grzebiąc w torbie. Wyjęła z niej długopis i jakiś papierek, spisała na nim swój numer, poczym podała mi.- Jak oprzytomniejesz albo po prostu będziesz potrzebować kogoś do rozmowy czy pomocy, wystarczy telefon. Widzisz, ja też rozpaczliwie szukam drogi do nowego życia, Terri. I wiem jak na razie o wiele lepiej niż ty, jak może być to ciężkie w tej szkole… zwłaszcza jeśli jest się samemu przeciwko wszystkim uczniom tej zakichanej budy- zapewniła mnie. Już chciała opuścić toaletę, kiedy przy drzwiach odwróciła się do mnie.- Ta sytuacja może ci się wydawać dziwna… Phi, ona jest dziwna, ale… możesz mi zaufać. Jako niepodważalny dowód na to potraktuj to, że nie powiem nikomu o tym jak niesamowicie śpiewałaś podsłuchując tamtych dwóch chłopaków przy sali muzycznej- mrugnęła do mnie i ostatecznie wyszła.
            O. Kurwa.
            Powinnam sobie spisać jakieś podstawowe zasady swojego zachowania podczas lunchu. Wtedy pewnie uniknęłabym tego, że moje życie ponownie się komplikuje.
            Dziewczyna z tak ponurą przeszłością jak moja, ale nie do końca, daje mi swój numer w razie gdybym szukała przyjaciela, a na dodatek widziała mnie jak śpiewam pod drzwiami, chcąc być kompletnie niezauważona. To działa na niekorzyść. Są też jakieś plusy. Na przykład: NOWA ZNAJOMOŚĆ.
            Podsłuchiwanie jak ktoś śpiewa i śpiewanie z nim? Plusy: brak. Minusy: od dziś będę się musiała poruszać po szkole zamaskowana albo nigdy więcej nie będę mogła nałożyć tej bluzy z kapturem, którą aktualnie miałam na sobie.
            Wnioski?
            Po pierwsze: unikaj wszystkiego co śpiewa i przede wszystkim, NIE ŚPIEWAJ.
            Po drugie: trzymaj się starych zasad. Nie ufaj nikomu, nawet tak przyjaznym zielonookim dziewczynom jak Leslie, które jako dowód, że można im zaufać traktują to, że widziały cie w dziwnej sytuacji i nikomu tego nie powiedzą. Tacy ludzie w przeszłości też byli dla ciebie mili oraz zaufani i patrz jak skończyłaś.
            Wracam do punktu wyjścia, a najgorsze w tym jest to, iż tym razem nie wiem co mam zrobić. Nawiązać znajomość czy skryć się w kącie i dać sobie spokój, mimo wielkich planów co do swojej przyszłości?
            A może… uciec?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz